Jak to było z moim dziadkiem

edward
   Mój dziadek (na zdjęciu obok) nazywał się Edward Zbaraszewski (1906-1940) i pochodził z Pińska. Swoje życie związał z policją.  W 1939 r. brał udział w kampanii wrześniowej. Po napaści ZSRR na Polskę tj. ok. 18.09.1939 r. spotkał się jeszcze z moim pradziadem (również policjantem) w miejscowosći  Sarny. Jeden z nich poszedł na zachód i datarł po długim czasie do domu. Drugi stwierdził, że idzie na wschód i ... wszelki ślad po nim na długi czas zaginął.

 

 

 

Drugim z bohaterów tej krókiej historii jest mój pradziad ze strony babci - Marcin Roszczka (1886-1978). Miał on bardzo burzliwe życie. Walczył w I wojnie światowej i pod Verdun dostał się do niewoli. Później pracował w wodociągach w Berlinie. Tam też z jego małżeństwa z Agnieszką (z d.Malińska) urodzili się synowie: Edmund (1914-1959) i Teofil (1910) oraz córki: Agnieszka (1916-1961) i Bronisława (1912-1978). Walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r. Następnie był w Korpusie Ochrony Pogranicza. 
Później zaś został policjantem w Odolanowie (Wielkopolska).  

03

 

 

Tych dwoje ludzi prawdopodobnie pierwszy raz spotkało się w 1931 r. W Centralnej Szkole Policji Państwowej w Mostach Wielkich (aktualnie Ukraina) – zdjęcie obok. Podczas pobytu w szkole, ci dwaj obcy do niedawna mężczyźni przypadli sobie do gustu. 

 


   

 

 

 

 

 

Marcin prawdopodobnie dużo opowiadał Edwardowi o swojej rodzinie, ponieważ po szkoleniu, już razem przyjechali do Odolanowa, gdzie Edward poznał Bronisławę, córkę Marcina.

 

 

 


Ślub odbył się w  Odolanowie w grudniu 1932 r. Ponieważ Edward był policjantem został skierowany do pracy na posterunek. Była to wieś - Toboły, pow. Kamień Koszyrski, woj.poleskie. W tej miejscowości w grudniu 1933 r. urodził się mój tato - Zdzisław Zbaraszewski. 
ostrow wlk  Życie na kresach widocznie było dalekie od standardów życia w Wielkopolsce, gdyż babcia Bronisława postawiła dziadkowi wręcz ultimatum, że wracają do Wielkopolski razem, albo ona sama z synem. Był to sukces babci, bo następne ich dziecko – córka Henryka, urodziła się w listopadzie 1934 r. już w Ostrowie Wlkp. Zdjęcie obok wykonano ok.1938 r. w Ostrowie Wlkp. Są na nim: Edward wraz Bronisławą i dziećmi:Zdzisławem i Henryką.

 

  W Ostrowie Edward wraz z rodziną mieszkali do sierpnia 1939 r. W sierpniu 1939 r. wysłał żonę wraz z dziećmi do Dąbrowy (k/Śremu), gdzie mieszkał kuzyn Marcina.

 

  Marcin i Edward spotkali się po raz ostatni tuż po napaści Związku Radzieckiego na Polskę, a więc ok. 18-19.IX 1939 r. podczas przegrupowywania w miejscowości Sarny. 
  W rozmowie ustalili, że Marcin kieruje się na zachód, bo ma rodzinę w Wielkopolsce i zna język niemiecki. Natomiast Edward miał kierować się na wschód, gdyż pochodził z Pińska, tam miał rodzinę i znał język rosyjski. 

 

  Marcin po dwóch miesiącach pieszej podróży z wieloma przygodami dotarł w końcu do Dąbrowy. Przeżył wojnę. Pamiętam Go jako wysokiego, szczupłego, uśmiechniętego i ... zajadającego metkę ;)

 


     
cendrowski

 


   Po Edwardzie brak było jakiegokolwiek śladu. Choć to też nie tak do końca. Wiosną 1940 r.Bronisława otrzymała informację od kolegi Edwarda - także policjanta z Ostrowa p.Cendrowskiego - że byli razem w obozie na jeziorze w ZSRR. Pan Cendrowski przekazał Jej, że jego zwolniono z obozu, a Edwarda miano zwolnić w następnych dniach. Później żadnych informacji już o Edwardzie nie było. Zdjęcie Pana Cendrowskiego pierwszy raz i to przypadkowo zobaczyłem dopiero w listopadzie 2006 r.  Na zdjęciu z lewej strony p.Cendrowski, z prawej Edward Zbaraszewski.    
                                                             

 

  Dopiero w 1990 r. zyskaliśmy pewność co do dalszych losów Edwarda. Podobnie, jak setki innych i on "był policjantem, to wystarczy, by go rozstrzelać" - powiedział na jednym z przesłuchań szef kalinińskiego NKWD- Dmitrij Stefanowicz Tokariew. Według danych szacunkowych, we wrześniu 1939 roku internowano na Kresach Wschodnich 12 tysięcy funkcjonariuszy i pracowników policji. Sposób traktowania jeńców zmieniał się w zależności od tego, czy dana grupa policjantów walczyła z oddziałami Armii Czerwonej, czy też poddawała się bez walki. Dowódcy tej armii początkowo nie mieli jasnych dyrektyw jak postępować z określonymi kategoriami jeńców. Potwierdzają to policjanci, którym udało się przeżyć wojnę. Mówią oni, iż brano ich do niewoli kilkakrotnie i następnie zwalniano.

 

kolumnapolicjan
Fotografia obok - Kolumna aresztowanych policjantów i cywilnych "wrogów ludu" konwojowana przez Armię Czerwoną - wrzesień 1939 - sowiecka kronika filmowa.

 


  Jednak już 19 września 1939 roku radziecki komisarz spraw wewnętrznych Ławrientyj Beria powziął decyzję o utworzeniu zarządu do spraw Jeńców Wojennych i Internowanych (rozkaz nr 0308), a następnego dnia wydał dyrektywę, w której nakazał organizowanie obozów przejściowych i rozdzielczych. Na jej mocy powstały obozy jenieckie, w których przetrzymywano ok. 15 tys. Polaków. Znajdowały się one w pomieszczeniach poklasztornych w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Tam właśnie, na przełomie października i listopada, skierowano pierwsze transporty polskich jeńców. Policjanci byli transportowani do Ostaszkowa. Był tam dla nich obóz o zaostrzonym rygorze.

 

Obóz został zlokalizowany kilkanaście kilometrów od Ostaszkowa na jednej z wysp Jeziora Seliger, w pomieszczeniach poklasztornych prawosławnego monastyru - Niłowa Pustyń. Jeńcy byli zakwaterowani w dwudziestu, prawie nieogrzewanych, budynkach. Normy żywnościowe byty tak obliczone ażeby służyły wyłącznie na podtrzymanie życia i nie zaspokajały głodu. Ponadto jeńcy zostali poddani oddziaływaniu propagandowemu, w trakcie którego m.in. wygłaszano pogadanki, prowadzono indywidualne rozmowy, pokazywano filmy propagujące "osiągnięcia" Związku Radzieckiego.     Zdjęcie: monastyr Ostaszków na jez.Seliger, ok. 1917 r. 

 

  Pod koniec 1939 r. władze ZSRR podjęły przygotowania do ostatecznego rozwiązania problemu polskich jeńców wojennych. W tym celu skierowano do Ostaszkowa grupę dochodzeniową S. Biełopileckiego, która miała przygotować - do końca stycznia 1940 r. - "akta jeńców wojennych - policjantów byłej Polski" na specjalną naradę, tzw. "trójki" w centrali NKWD w Moskwie, mającej "zaocznie skazać w trybie administracyjnym polskich jeńców na śmierć" (na podstawie kodeksu karnego SFRR z 1926 r, art. 58. paragraf 13 - "za aktywną działalność" lub "aktywną walkę (...) przeciwko klasie robotniczej i ruchowi rewolucyjnemu").

 


  Ostatecznie los policjantów z Ostaszkowa przesądzony został 5 marca 1940 r. na posiedzeniu Biura Politycznego KC WKP(b) w składzie: Stalin, Woroszyłow, Mołotow, Mikojan i Kaganowicz. Wówczas to podjęto decyzję akceptującą wniosek Ł. Berii o rozpatrzeniu w trybie specjalnym, z zastosowaniem kary śmierci przez rozstrzelanie. Wniosek swój Ł. Beria uzasadniał tym, iż "wszyscy oni (jeńcy) są zatwardziałymi, nie rokującymi poprawy wrogami władzy radzieckiej".

 


 


  Fotokopia listy zbiorczej (100 osób) NKWD z kwietnia 1940 r.,  adresowana do tow. Borisowca naczelnika obozu w Ostaszkowie, by wymienione osoby skierować do Kalinina. Edward Zbaraszewski poz. 26.  

 

   W oparciu o te materiały narady specjalnej, zarząd NKWD d/s Jeńców Wojennych i Internowanych, sporządził zbiorowe imienne listy do rozstrzelania, które rozesłał do obozów w kwietniu i maju, gdyż wtedy "ziemia była na tyle rozmarznięta, iż można było kopać zbiorowe groby". 

 

   Dla obozu przygotowano 64 listy zbiorcze, z danymi o 6263 osobach. Jednocześnie wydano polecenie "wyprawienia" tych osób do Kalinina. Poczyniono też przygotowania w gmachu kalinińskiego zarządu obwodowego NKWD, związane z "rozładowaniem" obozu w Ostaszkowie.

 

W tym celu, w podziemiach gmachu NKWD, przygotowano dźwiękochłonną celę śmierci, a z Moskwy sprowadzono mechaniczną koparkę do wykopywania dołów na zwłoki zamordowanych ofiar. Akcję likwidacyjną obozu w Ostaszkowie rozpoczęto 4 kwietnia 1940 roku. Skazani na uśmiercenie policjanci polscy pędzeni byli z monastyru do przystanku kolejowego Soroga, a stamtąd - przez Lichosław -transportowano ich tzw. stołypinkomi do Kalinina. Następnie ze stacji przewożeni byli karetkami więziennymi - cziornymi woronomi - do zarządu obwodowego NKWD przy ulicy Sowieckiej, gdzie umieszczano ich w podziemnych celach budynku. Po zapadnięciu zmroku przystępowano do egzekucji. 

 

   Wyglądała ona następująco: "w jednym z obszernych pomieszczeń piwnicznych, tzw. czerwonym kąciku (...) sprawdzono personalia skazanego, następnie skuwano go i przeprowadzano do znajdującej się tuż obok celi śmierci, o drzwiach zaopatrzonych w tkaninę wojłokowa. (...). Dodatkowo przez całą noc pracowały tu głośno jakieś maszyny (wentylatory?), zagłuszając odgłosy strzałów. Po zaciągnięciu do celi śmierci ofiara była od razu mordowana strzałem w tył głowy. Zwłoki wynoszono na zewnątrz i układano na jednym z 5 - 6 oczekujących samochodów ciężarowych, po czym nakazywano wprowadzić następnego skazańca. I tak to trwało noc po nocy, wyjąwszy święto 1 maja. O świcie przewożono je do miejscowości Miednoje nad rzeką Twiercą". Tam, na terenie rekreacyjnym kalinińskiego NKWD, grzebano zwłoki zamordowanych, w uprzednio przygotowanych przez koparki dołach. Doły posiadały głębokość 4 m, a każdy z nich mógł pomieścić "plon" jednej nocy, tj. 250-300 zamordowanych osób. Dołów takich w Miednoje znajduje się 25. Pogrzebano w nich 6288 jeńców z obozu z Ostaszkowa.

 

Akcję rozładowania (mordowania) jeńców z Ostaszkowa zakończono 13 maja 1940 roku. Rolę katów spełniało prawie trzydzieści osób, lecz najbardziej w tym względzie "wyróżniał" się major bezpieczeństwa państwowego ZSRR - W. Błochin. Pół roku później, wszyscy oni otrzymali - rozkazem specjalnym Ł. Berii z 26 października 1940 r. - nagrody "za skuteczne wypełnianie zadań specjalnych". Wynosiły one ok. 800 rubli, tj. tyle ile otrzymywali co miesiąc pensji.

 

Źródło: www.wspol.edu.pl oraz materiały MSWiA


Jeżeli znasz jakichś Zbaraszewskich i masz ich adres, telefon, daj mi znać, bądź poinformuj Ich o tej stronie.
                                                                                              Wojciech Zbaraszewski