baranowska m Urodziłam się w Grodnie i tam mieszkaliśmy. Ojciec, Józef Zbaraszewski, był oficerem broni pancernej. Mama, z domu Grefner, niepracowała, troszczyła się o rodzinę i tworzyła atmosferę.

Źródło: Anna Maria Grabania, Kobieta w czerwonej suknii, strona internetowa tygodnika "Nowy Czas" http://www.nowyczas.co.uk/news.php?id=766dostęp z 10.01.2015 r. 

 

Miała świetne wyczucie estetyki. Dom urządzony był ze smakiem. Ciemne meble, białe haftowane obrusy i serwety. Matka przejawiała uzdolnienia plastyczne, siostra uczyła się gry na fortepianie. Rodzice skupiali uwagę na najmłodszej córce; chorowitej, skłonnej do przeziębień, cierpiącej na astmę. Ojciec w wolnych chwilach malował akwarele, traktując to zajęcie jako hobby, a matka haftowała kolejne obrusy do rodzinnej kolekcji.  

Janina Baranowska, wybitna artystka malarka. Urodziła się w 1925 roku w Grodnie. Aresztowana wraz z matką i siostrą w 1940, została deportowana do Kazachstanu. Wraz z armią gen. Andersa przedostaje się na Środkowy Wschód. Potem przez Persję, Irak, Syrię, Palestynę, Egipt dociera do Wielkiej Brytanii. W Edynburgu kończy liceum. W latach 1947-50 studiowała malarstwo w London Borough Polytechnic, w latach 1951-54 na Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie studiowała malarstwo sztalugowe pod kierunkiem prof. Mariana Bohusz-Szyszki, w latach 1955-59 kontynuowała studia w Putney School of Arts, uzupełniając swoją wiedzę w zakresie ceramiki i technik graficznych. Wystawiała w prestiżowych galeriach i muzeach w Wielkiej Brytanii, Francji, Norwegii, Ameryce, Polsce, Australii, Belgii, Monaco, RPA i w Wenezueli. Rodzaje twórczości: malarstwo olejne, gwasze, akwarele, ikony nowoczesne, witraże, które zdobią kościół św. Andrzeja Boboli w Londynie i w The Most Holy Church w Wolverhampton. Od 1988 roku jest dyrektorem Galerii POSK-u. Mieszka w Londynie.
Fot. Mariusz Kałdowski

Do Janiny Baranowskiej telefonuję z Polski.
– Czy pani wie – słyszę – że mąż nie żyje? – Co się stało?! – W nocy potknął się i upadł tak nieszczęśliwie, że nie mogłam otworzyć drzwi. Upłynęło kilka godzin nim przyjechało pogotowie. Dalszą część rozmowy przenosimy na następny dzień, gdy będę już w Londynie. Pani Janina zaprasza mnie do domu na Strathmore Road.

Patrzę na siedzącą naprzeciw mnie drobną postać w czerni. To wielka malarka o światowej sławie. Niedoceniona w środowisku polskim na emigracji, bo cicha, nieśmiała, jakby wycofana. To straszne, jak ludzie patrzą zewnętrznie na drugiego człowieka – myślę. Na tle jasnej karnacji jej oczy wydają się olbrzymie, błękitne, świecą jak dwie gwiazdy. Wbrew pozorom ta kobieta ma w sobie siłę. Ale przede wszystkim wielki talent.

– Pogotowie przyjechało wcześnie rano – pani Janina nawiązuje do naszej rozmowy telefonicznej. Odwiedzała męża codziennie, spędzając przy jego łóżku po kilka godzin. W niedzielę powiedział: idź do domu, trochę odpocznij. Następnego dnia po zastrzyku zbladł, usiadł i jakby nie mógł złapać tchu. Lekarz poprosił, aby wyszła na korytarz. – Właściwie nie podano przyczyny śmierci (Maksymilian Baranowski zmarł 13.10.2008). Wystąpiliśmy z synem z prośbą o wyjaśnienie – mówi zasmucona i przejęta nagłą śmiercią męża.

Oglądam zdjęcia i listy kondolencyjne. Baranowscy przed domem, pani Janina z ulubionym psem Lulusiem, syn Krzyś jak był mały, zdjęcie rodzinne. W przedpokoju wisi portret ukochanego wnuka Alexa. W pokoju, w którym rozmawiamy, rzuca się w oczy olbrzymich rozmiarów obraz oprawiony w złote ramy. To ulubione dzieło malarki. Jej styl czytelny. Pasące się krowy w świetle błyskawicy – od różnych tonacji fioletu, po szarości i biele, dużo też niebieskiego. Zwierzęta wkomponowane w nakładające się kwadraty, w rogu czerwony kwadracik, jakby żart-zagadka dla odbiorcy.

Pani Janina zaznacza, że nigdy nie rozmawia na tematy osobiste. Wiem, że nie mogę poruszać tematu matki. To wielka trauma dla artystki. Zrozumiałam to, gdy zapoznałam się z zapiskami Józefa Bujnowskiego. Nie chcieli go przyjąć do wojska. Jeszcze trochę, a pozostałby w Rosji bez szans na powrót. Ci, którym udało się wyjechać z Rosji z armią gen. Andersa zapamiętali tłumy czekających, dla których szlaban został zamknięty na zawsze. Niechętnie o tym mówią, ale ciągle myślą o tych, którzy pozostali. Dziś wielu z nich już nie żyje, inni, schorowani, dokańczają żywota. Zaraz po wojnie miała miejsce wielka repatriacja, ale nie wszystkim udało się wrócić. Po odzyskaniu wolności nadzieje polskich rodzin z Kazachstanu, Kaukazu znów ożyły. Najpierw wielkie show w świetle reflektorów, później pogardliwe spojrzenia miejscowych. Kiedy usłyszeli „ruskie”, nie wiedzieli, że to o nich mowa. – To krzywda, toż my przecież rodowici Polacy – żalą się.

Więc może matka Baranowskiej musiała zostać w Rosji, bo nie kwalifikowała się do wojska? A może rzeczywiście – jak zapamiętali naoczni świadkowie – zachorowała na tyfus i zabrano ją ze statku do szpitala?

– Matka zaginęła w czasie wojny – przerywa moje milczenie pani Janina. Siostra pracowała w sztabie. Wszystko było załatwione. My miałyśmy płynąć z Jungi-Julu, matka miała wydostać się z Kazachstanu inną trasą. Do Persji jednak nie dotarła. Po wojnie pani Janina szukała jej w szpitalach, jednak wszelki ślad zaginął. A ojciec? Ojciec ukrywał się u rodziny pod Warszawą. Zmarł w 1945 roku. Nigdy się nie spotkali. Ale więcej pani Janina nie chce o tym rozmawiać. Przeżycia wojenne odcisnęły na niej piętno, co widać w jej powojennej twórczości. Stopniowo jednak jej szarobure obrazy z pierwszego okresu zaczynają nabierać życia, rumieńców. Wchodzi w okres triumfu.

baranowska o  

KIEDY ARTYSTA MA STYL?

– Wtedy, kiedy nie jest podobny do żadnego innego artysty. Wszystko musi być inne; forma, kolor…

“Oglądanie obrazów Baranowskiej jest jakby rozmową z malarką we dwoje, jakby słuchaniem jej bardzo intymnych zwierzeń; wprowadzają one bowiem widza w jej osobisty świat snów i marzeń, w jej poetycki, swoisty świat asocjacji, w jej prywatne przeżycia we śnie i na jawie.”

Alicja Drwęska
„Ucieleśnione marzenia Janiny Baranowskiej”
Tydzień Polski, 1973

KONIEC Sielanki

– Urodziłam się w Grodnie i tam mieszkaliśmy. Ojciec, Józef Zbaraszewski, był oficerem broni pancernej. Mama, z domu Grefner, nie pracowała, troszczyła się o rodzinę i tworzyła atmosferę. Miała świetne wyczucie estetyki. Dom urządzony był ze smakiem. Ciemne meble, białe haftowane obrusy i serwety. Matka przejawiała uzdolnienia plastyczne, siostra uczyła się gry na fortepianie. Rodzice skupiali uwagę na najmłodszej córce; chorowitej, skłonnej do przeziębień, cierpiącej na astmę. Ojciec w wolnych chwilach malował akwarele, traktując to zajęcie jako hobby, a matka haftowała kolejne obrusy do rodzinnej kolekcji.

– Przed wojną ojciec został przeniesiony służbowo do Warszawy. Czekało na nas nowe mieszkanie, zostałyśmy zapisane do najlepszych szkół. Matka odwlekała z przeprowadzką do rozpoczęcia roku szkolnego. Tymczasem wybuchła wojna. W marcu 1940 roku ojciec przysłał przewodnika, który miał nas przeprowadzić przez zieloną granicę. Zostaliśmy jednak zaaresztowane niedaleko Zarębów Kościelnych, stamtąd przewiezione do Białegostoku i przeznaczone do transportu, który odjeżdżał za kilka dni.

Kilka nocy spędziły w więzieniu w Zarębach Kościelnych. – W nocy wzywano matkę na przesłuchanie. Nieraz po kilka razy. Słyszały krzyki i jęki torturowanych. Transportem przewieziono je do Aktiubińska (Kazachstan), stamtąd ciężarówkami do posiołku Dworańsk. Janina Baranowska miała wtedy 14 lat.


PIERWSZY OBRAZ?

– Rysowałam niemal od niemowlęctwa – uśmiecha się artystka. Najpierw, jak to dzieci, malowała abstrakcje, później krajobrazy. Kiedyś namalowała portret babci, wtedy nauczycielka zwróciła uwagę rodzicom, że córka ma zdolności i powinna kształcić się w tym kierunku. Rodzice obiecali, że będzie studiowała na ASP w Krakowie.


PRZYSZŁY MĄŻ

Przeglądam recenzje, jeden z wywiadów. Pytania o życie osobiste, rodzinne Baranowska ucina. Podkreśla, że nie należy do osób wylewnych. Dziennikarka ciągnie za język: „Jest pani żoną, matką, babką..”. Daremnie. Stanisław Frenkiel wspominał, jak chodzili na długie spacery w Egipcie. Zapamiętał jej rozpuszczone blond włosy. To była piękna kobieta. I bardzo bystra. Aż do jego śmierci żona Anna była o te spacery zazdrosna. Ich przyjaźń jednak przetrwała. Pomagał jej, często otwierał wystawy wygłaszając kwieciste mowy, wprowadzał na salony… Do grona osób, które ją wspierały należeli: rzeźbiarz Andrzej Borowski, Jerzy Palmi, prof. Edward Szczepanik. Jej talent podziwiali: prof. Vlastimil Hofman, prof. David Bomberg, prof. Marian Bohusz-Szyszko – pierwsi nauczyciele.

O swoim małżeństwie Janina Baranowska mówi krótko: – Wyszłam za mąż 21 grudnia 1947 roku.

Bardziej rozmowny okazał się mąż malarki, który spotkanie przyszłej żony uznał za jeden z najszczęśliwszych dni swojego życia. Poznali się na imieninach u Jerzego Panciewicza latem 1946 roku. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Z tego spotkania zapamiętał atmosferę, jej twarz i piękne blond włosy. Nim się pobrali, były spacery, rozmowy.

Państwa Baranowskich poznałam w jesieni ich życia. Spotykaliśmy się głównie na wystawach. Miło było patrzeć na tę parę; papużki-nierozłączki. Ona elegancka, o łagodnej, uśmiechniętej twarzy. On zawsze u jej boku, nie spuszczał z niej oka, również pogodny, ale i czujny, gotowy do wyzwań. Pan Maksymilian był nie tylko czułym mężem i opiekunem, ale i rzetelnym kronikarzem, pierwszym życzliwym krytykiem, nie mówiąc o tak praktycznej pomocy, jak naciąganie i oprawianie obrazów.


POSZUKIWANIE WŁASNEGO STYLU

W szkole musiała przejść przez realizm, później w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych malowała wyłącznie abstrakcje. Ukazywały się o niej dobre recenzje, to ją zachęcało do dalszej pracy. Pierwszy duży sukces artystka odniosła w Royal Academy of Arts w Londynie (1950). Jej obrazy uzyskały wysoką ocenę krytyków. Akademia po raz pierwszy zakupiła jej obraz. To wielkie wyróżnienie i moment przełomowy; zaistniała na rynku brytyjskim! Od tego czasu renomowane Chennil Galleries, New Vision Centre Gallery, Whitechapel Gallery proponowały jej wystawy. W 1958 roku odbyła się jej wystawa indywidualna w Drian Gallery w Londynie.

W 1960 roku twórczość Baranowskiej została po raz pierwszy zaprezentowana w Paryżu w Raymont Duncan Galleries. Nadal wystawiała w galeriach londyńskich. Na początku lat siedemdziesiątych miała kilka wystaw w Galerii Grabowskiego, między innymi słynną wystawę „Reflection” w 1975 roku. Był to moment przełomowy w jej pracy nad stylem – przeszła od abstrakcji ekspresjonistycznej do malarstwa refleksyjnego, polegającego na łączeniu abstrakcji z malarstwem figuratywnym. Pani Janina przyznaje, że ten styl nadal kontynuuje i pogłębia. Jej zestawienia przenikających się kolorów, nakładających się figur geometrycznych zaczęło być rozpoznawalne jako styl Janiny Baranowskiej.

W latach osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych powstawały obrazy na dużych płótnach, które zadziwiały kompozycją przestrzeni i bogactwem koloru. Wystawiała głównie w Londynie, w Dixon Gallery, Living Art Gallery, Blomsbury Gallery. W 1990 roku miała wystawę retrospektywną w Woburn Gallery, w miasteczku Woburn. Na ścianach trzypiętrowego domu można było oglądać 100 prac malarki z różnych okresów jej twórczości.

Jej płótna były pokazywane w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Polsce, w obu Amerykach i w Skandynawii. Znajdują się w wielu krajach w zbiorach państwowych i prywatnych.
Oprócz malarstwa olejnego Baranowska projektuje witraże (znajdują się w kościele św. Andrzeja Boboli w Londynie oraz w Kościele Przenajświętszej Trójcy w Wolverhampton), tworzy gwasze, obrazki niewielkich rozmiarów, które krytyka porównuje z malarstwem renesansowym Pierra Della Francesca czy Uccella, pastele, a nawet ikony, nawiązujące do malarstwa bizantyjskiego.

“W sztuce Baranowskiej jest świetnie zrealizowane staranie, aby formy abstrakcyjne, przecież charakterystyczny owoc wieku, ożenić z wyraźnie realistycznymi kształtami – i powrócić nareszcie do treści narracyjnych.”
Marian Bohusz-Szyszko:
Wiadomości, 1973


ROSJA

Chciałaby zapamiętać Kazachstan jako krainę pięknych krajobrazów i cudownych zachodów słońca, ale nie da się zapomnieć ciężkiej pracy od wschodu do zachodu słońca, głodu… Ludzie pytają ją o rysunki z tamtego okresu. Nie ma ani jednego. – Nie było czasu na myślenie, a co dopiero na szkicowanie – mówi artystka. Po pracy jedynym ich posiłkiem była „lepiocha”, placek z mąki i wody, bez dodatków, a jak były głodne, posilały się „kleikiem” z grubo zmielonej mąki na wodzie. I tak było codziennie. Przetrwała, bo była młoda.


KOBIETA W CZERWONEJSUKNI, KTO TO TAKI?

Przyznaje, że w jej twórczości pojawia się dość często motyw kobiety w czerwonej sukni. To ona, to jej marzenie z dzieciństwa. Marzyła o czerwonej sukience, a matka uważała, że do jej urody bardziej pasują niebieskie. I ten motyw czerwonej sukienki powraca jako niespełnione marzenie dziecka.
INSPIRACJE

Motywy wiejskie to również reminiscencje z dzieciństwa. Państwo Zbaraszewscy w pogodne niedziele udawali się z córkami za miasto, najczęściej do babci na wieś, w okolice Grodna. Po drodze wiejskie kobiety częstowały ich kwaśnym mlekiem. To był jej kontakt z innym światem, który powraca w jej obrazach. A więc oprócz wiejskich pejzaży, przewijających się krów, koni, kotów, ptactwa domowego, spotykamy także słynne polowania na lisy, oddające klimat i zwyczaje angielskie. Te ostatnie szybko znikały z brytyjskich galerii, notabene zarobiła na nich fortunę (oczywiście na warunki emigracyjne).

Jeździła do Paryża, zwiedzała wystawy. Był okres, kiedy lubiła impresjonistów. W latach osiemdziesiątych inspirujące były podróże do Hiszpanii, Francji, Włoch, Niemiec. Szczególnie zapamiętała wystawy w Paryżu i Monachium. Odwiedzili z mężem Amerykę. W Polsce była trzykrotnie. W Krakowie, w Bielsku-Białej i w Warszawie uczestniczyła w wystawach zbiorowych.

Kiedyś wyszła z Drian Gallery, w której miała wystawę, stanęła przed szybą wystawową i zobaczyła to, co działo się wewnątrz. Zwróciła uwagę na efekt odbicia światła w szklanej płaszczyźnie, nakładające się bryły architektoniczne i sylwetki przechodzących ludzi.To był moment zwrotny w jej malarstwie.Odtąd w jej obrazach sylwetka ludzka jest bardziej wyeksponowana, a geometria stanowi tło.

“Malarstwo jej nawraca do zainteresowań pełnią człowieczeństwa, jak było w rozkwicie wszystkich wielkich kultur ludzkich, nie ograniczając się tylko do zagadnień technicznych w rozprawie z tworzywem. Ale i te zagadnienia, tak bardzo modne w naszym wieku, znajdują w wypowiedzi naszej malarki należne miejsce.”
Marian Bohusz-Szyszko,
Tydzień Polski, 1975


TYTAN PRACY

Danuta Gierc pamiętała Janinę Baranowską jeszcze ze studiów – były bodajże na tym samym roku w londyńskiej Borough Polytechnic. Gdy miała kłopoty czy niedomagała, telefonowała do Jasi. Mogła liczyć na dyskrecję. Bo jak się jej coś powiedziało, to jak kamień w wodę. Kiedyś, już po studiach, spotkała ją w pracowni manekinów, gdzie i ona starała się o pracę. Baranowska przyznaje, że przez jakiś czas, owszem, była tam zatrudniona, dorywczo zajmowała się także projektowaniem wystaw. O pracę po wojnie było trudno. Miała to szczęście, że mąż, architekt, nieźle zarabiał; mogła więc rozwijać się, zajmować prowadzeniem Galerii POSK-u, a także poświęcać czas rodzinie.

Pani Janina nie zna leniuchowania. Pracoholiczka? Trudno powiedzieć. Po prostu lubi pracować. Jak nie maluje, to czyta. Ogląda ważniejsze wystawy. Maluje od 10.30 do 15.30. Często też po kolacji. Jak zacznie malować, to właściwie czas się nie liczy. Chce jak najszybciej skończyć rozpoczętą pracę. – Niekiedy żona tak zgubi się w czasie, że maluje nawet do drugiej w nocy – wspominał pan Maksymilian w rozmowie ze mną. Nie wolno było wejść do pracowni dopóki obraz nie był gotowy. Ale kiedy został ukończony, cieszyli się razem. Baranowska lubiła wyprawy do galerii z mężem, również w czasie wakacji. Nie przeszkadzał. Nie komentował, wiedział, że ona potrzebuje skupienia.


JAK POWSTAJE OBRAZ?

Jak coś ją zainteresuje, szkicuje. Później, już w studio, rysunek wiernie przenosi na płótno. To zajmuje jej najwięcej czasu. A kolory? Kolory zawsze ma w pamięci. Kiedy mąż codziennie wychodził do pracy, obrazy powstawały szybko. Rano chwila skupienia. Wpatrywała się w przestrzeń płótna i szybko powstawała kolejna abstrakcja. To nieprawda, że artysta siada do malowania i zawsze wie, co namaluje. Bywa różnie. Zawsze zwracała uwagę na formę. Tego nauczył ją prof. David Bomberg, dzisiaj bardzo ceniony artysta.

“Z codziennych wydarzeń wyrastają jakieś egzotyczne kwiaty i układają się w bukiety urzekające urokiem poezji (…). Baranowska po prostu myśli kategoriami malarstwa i te myśli, komentarze oraz asocjacje fragmentów rzeczywistości, wpisuje pędzlem na płótno.”
Alicja Drwęska,
Tydzień Polski”, 1975

Pani Janina czuje obecność nieżyjącego męża. Jak czegoś szuka i pomyśli o nim, zaraz ta rzecz się znajduje. Skarżyła mu się, że najgorsze są noce, że nie może zasnąć, że ciągle się budzi. Kiedyś malowała do późna, przeglądała dokumenty i nie mogła zasnąć. Nagle słyszy czyjeś kroki na schodach. Otwiera drzwi, a tu czarny kot, jakby z egipskich rycin. To kot sąsiadów. Wydawało się, że znał rozkład domu, pomaszerował prosto do pracowni męża. I tam znalazł sobie miejsce do spania. Odtąd przychodzi w nocy, wychodzi rano. Nie chce nic jeść, jakby nie chciał sprawiać kłopotu. Pani Janinie jest raźniej. Bo to tak, jakby ją mąż wysłuchał.

Anna Maria Grabania

Tekst powstał na podstawie rozmów przeprowadzonych z artystką 28 października 2008 roku i 30 marca 2009 roku. Korzystałam również z pracy magisterskiej Edyty Trytek: „Janina Baranowska – malarka z Londynu” i materiałów opublikowanych w prasie emigracyjnej

" http://www.nowyczas.co.uk/2009/11/kobieta-w-czerwonej-suknii/ dostęp z 10.01.2010r. 

Źródło: Anna Maria Grabania, Kobieta w czerwonej suknii, strona internetowa tygodnika "Nowy Czas